01.07.2017 – bieganie Park Wysoki Zamek Lwów

W tą dwudniową wycieczkę wskoczyłam spontanicznie. Zamiast kogoś. Mnie samą zagranica przerasta, bo trzeba planować. W kraju na tyle dobrze znam realia, że mogę się poruszać intuicyjnie. Nieomal wyłączając myślenie. Z podstawowych pytań dziennikarskich najmniej interesujące jest ,,kto”, ,,gdzie” oraz ,,kiedy”. Zostaje tylko ,,co” i ,,dlaczego”.

Z Rzeszowa to całkiem blisko. Godzina autem do Przemyśla, a potem jakieś dwie w PKP. Stary dworzec i ewentualnie tramwaj z kasownikami, jakie pamiętam z wczesnego dzieciństwa w latach 80-tych. 

Pierwsze wrażenie takie PRL-owskie. Z bliska, wśród knajp, raczej współczesny standard. Klimat trochę krakowskie. Tylko budynki nieco bardziej ciemne, mroczne. Nie znam się na architekturze i możliwe, że te w Małopolsce odmalowali po prostu na jasno, a we Lwowie nie uznali za stosowne. 

W tamtym tygodniu został mi jeszcze jeden trening. Nastawiłam budzik na 6, żeby zrobić sobie jeszcze kawę w hostelu, ale zapomniałam, że telefon sam się przestawił. Byłam przekonana, że o 6 jest już 7. Po powrocie zdziwiłam się, że jeszcze nie wszędzie otwarte i muszę czekać na śniadanie.

 

 

W ciągu weekendu widziałam tam zaledwie jednego biegacza. Możliwe, że to dlatego, że poruszałam się w ścisłym centrum, koło rynku. A poruszałam się bez większych przeszkód. Pobiegłam odwrotnie niż mnie pokierowano. Byłam tam pierwszy raz w życiu, ale trafiłam do celu. Kierowałam się ułożeniem terenu i podążałam w kierunku wznoszącym.

W pewnym momencie ulica szła mocno w górę. A na górze był park. Podobno ,,Wysoki Zamek”. Kilka osób z psami. Schody do punktu widokowego wprost stworzone dla mnie, ale podbiegłam tylko raz. Coraz mocniej padało.

Zbiegłam od drugiej strony czytając tablice. Wracając zastanawiałam się, czym różnią się ludzie, którzy tu mieszkają od innych i czy coś takiego jak kultura w sensie całego państwa ma w ogóle sens. I chyba nie ma. Chyba ideologia państw narodowych i nacjonalizmu zrobiła nam 300 lat temu dziury w mózgu. Prawdopodobnie jakiekolwiek różnice wzmacniają instytucje, czyli organizacja taka jak system szkolny, warunki finansowania służby zdrowia, załatwiania papierów w urzędach miejskich, pobór do wojska. Reszta musi być płynna, bo granice są sztucznie wyznaczone. Na tym samym terenie muszą współistnieć zatem różne miksy, które przynależą bardziej jednej, czy drugiej stronie. 

Możliwe, że w sytuacji walki Ukraińców to niepoprawne rozważania. W miejscach kultu religijnego są galerie poświęcone poległym i słychać modlitwy za kraj. Chcą być niepodlegli, widocznie czują ku temu powody. Tu nie ma dyskusji. Nie wiem tylko, czy mi zrobiłoby różnice wychowanie w jakiejkolwiek innej kulturze. Wydaje mi się, że nie ma rdzenia, czegoś wrodzonego. Podziały polityczne służą zdobywaniu i umacnianiu władzy. Niczemu więcej. Zawsze znajdzie się ktoś kto jej pragnie. Lepszego sposobu manipulowania nie wymyślono, niż podnieść jakiś aspekt rzeczywistości do rangi priorytetu. Zasłaniając przy tym inny. 

Tkwię w tej Polsce i nie doświadczam granicy. A granica jest o wiele bardziej istotna od tego co za nią. To jest mundur, siła. To dopiero pokazuje, że jesteśmy rządzeni. Cena jabłek na targu tak tego koszmaru władzy nie oddaje. Musi nastąpić przemiana kulturowa. Powolne rozpuszczanie się tego ,,cuda” powinno być racjonalnym kierunkiem. Jeszcze niewyobrażalnym wobec doświadczeń ostatnich wieków, ale niespecjalnie utopijnym.

 

 

Wracając do biegania. Chodniki raczej słabe, choć niektóre ulice szerokie. Dla biegacza im szerzej, tym lepiej. W oczy rzuca się trochę śladów po polskich mieszkańcach. Nazwy ulic, budynków i książki na targu. Nie miałam słuchawek i jak zwykle czułam, że mam bez nich więcej mocy.

Strasznie się tam najadłam, bo stale siedziałyśmy w knajpach. Po mieście można przecież tylko spacerować lub siedzieć i konsumować. Jest tam coś ciekawego, wciągającego, może jakaś tajemnica…Tajemnicę czułam raczej. Nie ducha zachwytu. A kiedyś potrafiłam czuć zachwyt wobec bardzo błahych spraw i banalnych terenów. Coś się ze mną stało. Wszystko powszednieje.

Dla potencjalnych turystów z praktycznych spraw, które rzuciły się w oczy:

  • niższe ceny – przykładowo centrum Krakowa, czy Gdańska, oferuje najtańszy nocleg w Hostelu za min. 100 zł, tam w przeliczeniu za 50
  • większość knajp z ogródkami zewnętrznymi zamyka się o 22, bo pewnie doszli do wniosków, że nie chcą mieć z imprezami Polaków takich kłopotów jak Kraków, czy Gdańsk z najazdami wesołych Anglików, czy Szwedów (a może z innego powodu)
  • w większości miejsc, w których jadłam obsługa kelnerska była wyjątkowo profesjonalna (jak po szkole gastronomicznej, a nie w trakcie studiów), ale niestety nie trafiłam na jakieś specjalnie interesujące regionalne specjały
  • w centrum nie ma wielu sklepów spożywczych i nie widać hipermarketów, można kupić za to jakąś chałwę, czy nalewkę, bo są uznawane za tradycyjne wytwory ich kuchni

Poza tym, żeby coś powiedzieć trzeba pobyć w danym miejscu kilka miesięcy. Następnym razem odwiedzę lokalne siłownie. Badałam jedynie internetowe strony. W ciągu trzech dni pobytu szkoda mi było czasu. 

komentarze

Dodaj komentarz