08.07.2017 – bieganie Żegiestów koło Muszyny

Wyjechałam na pierwszą w życiu integrację partyjną. Jak można się domyślić po wpisach zawierających treningi domowe, polityka oraz media to sprawy wzbudzające we mnie zaangażowanie.

Chciałam miejsca dla normalnych obywatelek, z misją, a nie dla kariery. No i znalazłam Razem. Ale nawet w normalnym świecie przeciętnego życia poza studiem TV i wykreowanym wizerunkiem lidera, partia potrafi czasem człowieka bardzo wkurzyć. Szczególnie online. Dlatego człowiek wybrał się na wycieczkę sprzyjającą konwersacji bezpośredniej. W dodatku na mojej ulubionej Sądecczyźnie.

 

Jedzie się prosto od Nowego Sącza, przez Stary Sącz, Piwniczną, Krynicę oraz Muszynę. Przynajmniej autobusem, bo nie wiem jak najlepiej trafić tam autem.

Treningowo – ciach i 5 dni, jak to 5 dni –  piąty wypada zwykle w sobotę. Zatem, pomimo zaśnięcia około 2 w nocy w piątek, wstałam tak, żeby się wyrobić przed śniadaniem. Gdzieś na 9 z prysznicem. Przygotowałam w tym celu izotonik zamiast kawy i wybiegłam.

Żegiestów położony jest jakby na zboczu. To uzdrowisko, którego historia znajduje się m.in. na stronie krynica.pl. Nocowałam w domu położonym pomiędzy górami i w środku rzeki niczym wyspa. Takie wrażenie. Potem dowiedziałam się, że Poprad tam zakręca i dlatego widać go z kilku stron. 

Warunki biegowe:

  • W celu dostania się do szerszej trasy trzeba biec szosą, co wymaga czujności, bo nigdy nie wiadomo kiedy nadjedzie samochód.
  • Przy pierwszej, szerszej trasie dojazdowej znajduje się już chodnik, którym spokojnie można pobiec do…Trudno powiedzieć, bo nie widziałam tabliczek. Ruszyłam w dół, czyli w przeciwną stronę niż do PKP i drogi na Muszynę.
  • Po jednej stronie znajdują się wzniesienia. Możliwe, że trasy górskie. Przekroczyłam szlaban leśników i podbiegłam kawałek, ale w rezultacie zawróciłam, bo brakowało map sugerujących gdzie znajdę pierwszy szlak turystyczny i dokąd mnie doprowadzi.
  • Pośród nieczynnych i funkcjonujących domów wypoczynkowych, znalazłam tylko jedną dobrze oznaczoną trasę widokową szlakiem rezerwatu ptaków po ścieżce ornitologicznej. Nie była w tamtym miejscu zbyt długa i prowadziła przez spore chaszcze, zatem będąc w tam pierwszy raz postanowiłam nie ryzykować wpakowaniem się w coś nieprzyjemnego (gady, pokrzywy, niemili turyści). Zajrzałam na nią dopiero pod koniec. I jeszcze wbiegłam się w las z uruchomioną kamerą w telefonie (jak dokumentować to dokumentować). Potem dowiedziałam się, że na końcu lasku jest rzeka i dom organizatorów spływów pontonowych.

 

 

Uważam, że można lepiej oznaczyć ten piękny teren. Tym bardziej, że sądecki milioner ma wobec niego wielkie plany  😉 Nie, to nie jest tylko ironicznie. Każdy coś w życiu robi, a niektórzy mogą mieć fantazję. Polecam poczytać na stronie krynica.naszemiasto.pl.

 

W pensjonacie Zosia, warunki są komfortowe. Można wykupić śniadanie, a po zjedzeniu pić kawę do południa. W jadalni lub na ławkach przed pensjonatem. Przykładowy widok – góry. A poza tym? Koza i koza i ,,straszny dwór”  🙂

 

 

W okolicy można zorganizować też spływ Popradem. Podobno to jedyne miejsce w kraju, w którym rzeka stanowi granicę. Organizatorzy oferują dojazd do miejsca spływu lub z powrotem do komunikacji publicznej, czy auta. Wysiadka może być też blisko miejsca stacjonowania danej ekipy. Bardzo elastycznie. A koszt 40 do 50 złotych. 

 

 

Po krótkiej instrukcji i ,,odpaleniu” sprzętu, spływ około 10 km trwał 3 godziny. Najlepsze momenty to te kiedy rzeka jest głęboka i wzburzona, a cała sztuka polega na tym by przejść momenty zatrzymania pontonu na płyciznach. Mniej więcej godzinę przed finiszem jest możliwość zatrzymania się w knajpie po stronie słowackiej. Jest tam sporo napojów, a do zjedzenia głównie frytki (w dwóch wersjach). Przyjmują złotówki i mają ładnego psa.

Zdziwiło mnie to, że tu jednak nie ma paszportów i sprawdzania dokumentów. No to po co ten cyrk gdziekolwiek? Nielegalne substancje i działania można ścigać na swoim terenie. Reszta jest zbędna. Spokojnie do zastąpienia śpiewami, które rozlegały się od słowackiej i polskiej strony (w tamten weekend jednak nie). 

 

splyw z Muszyny kolor
strona slowacka kolor
pies przy splywie kolor

 

Wieczorem grill i rozmowy z rezydentami ,,Zosi”. Także o polityce. O sytuacji na Ukrainie. Nawiązywałam do tego wspominając biegi po Lwowie. 

Kolejnego dnia powrót zahaczając o górę Jaworzynę przy Krynicy. Wchodziliśmy pieszo. Dotarłam pierwsza i jak się okazało – poza szlakiem. Na górze knajpy i tłum. Czekałam kilkanaście minut ze słabym dostępem do atrakcyjnej toalety.

Po drodze kilka kurek pomimo niedzieli i wielu potencjalnych grzybiarzy. Na szczycie jeszcze oswojony gołąb i pieczony ziemniak.

Niestety jakoś trzeba było zjechać, bo czas naglił. Ja w kolejce wyglądałam mniej więcej jak na poniższych zdjęciach. Robiła je oczywiście koleżanka. Grunt, że przetrwałam 😆 Kilkuletnie dziecko ,,współpartyjnych” nie wykazywały jednak podobnych objawów stresu…

 

kolejka z Jaworzyny
Jaworzyna Krynicka
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

komentarze

Dodaj komentarz