23.06.2017 i 24.06.2017 – 10 km w Łodzi i istny dramat

23.06.2017 

Nastąpiła porażka. Na tej jakże trudnej i długiej trasie po całych 5 km złapały mnie braki w prądzie i musiałam coś zrobić. Wiadomo, że plan jest elastyczny, ale bezdyskusyjny, zatem skręciłam do pobliskiego KFC. Akurat był na rogu i była też wielka burza. Spokojnie wypiłam sobie wielką Colę oraz zjadłam kawałek kuraka i przeczekałam. Cukier wrócił do siebie to zrobiłam jeszcze 3 okrążenia po 1,5 km i do domu. 

Najczęściej mam tak w dużą wilgoć albo wielki mróz.

 

24.06.2017

Było znacznie bardziej dziarsko. Truchcik, podskoki, wymachy, więcej truchciku, szybciej, jak najszybciej się da, 10 km, czyli swoje odwalone i do domu. 

Możliwe, że jestem bardzo demotywująca, ale przynajmniej nie jestem hipokrytka i mam odwagę cywilną, żeby przyznać, że…Drugiego dnia w Łodzi nie było źle. Trzeciego ruszyłam do Gdańska.

 

Na zdjęciu piękne róże przy wejściu do parku Poniatowskiego. 

komentarze

Dodaj komentarz