28.03.2017, 31.03.2017 i 02.04.2017 – bieganie i inne przygody

28.03.2017

,,Rozbiegiwałam” siłownię, co oznacza, że truchtałam sobie godzinę z odrobiną stretchingu na końcu. Trochę mi się już nudzi trasa na lewo, w stronę stadionu i góry. Z drugiej strony jest jednak trochę mniej słońca i trasa chyba  nieco krótsza. Zatem nadal biegam tą  samą drogą jak w Łodzi na około parku Poniatowskiego. 

 

31.03.2017

Przed wybiegnięciem okazało się, że słuchawki dokonały żywota i nic już nie będzie. Ani Kapuściński, ani muzyka. Wyszłam zatem wcześniej, przebiegając przez galerię handlową. Kupiłam droższe niż zazwyczaj (czyli nie najtańsze), ale wcale nie są o wiele lepsze. Średnio słychać, no ale – bywało gorzej.

Oddałam się truchtowi starając się, żeby chociaż trochę technicznie i niebrzydko to z boku wyglądało i przerzucałam piosenki w radio. Nie było też tak, że wcale nie przyśpieszałam. Biegłam jak zwykle – godzinę.

 

02.04.2017

Biegnę sobie, biegnę. Jak zwykle z zamkniętymi oczami. Równina, asfalt i słońce nie wymagają ustawicznej obserwacji drogi. No ale nie nad rzeką. W ostatniej chwili zauważyłam, że kroczę wprost na dwa zaskrońce, które usiłowały przebić się w stronę wody pomiędzy tłumami spacerowiczów. 

Jakoś mnie to ruszyło emocjonalnie, co nie co dzień widzę węże. Budzą mniej więcej takie odczucia jak pająki. Boję się ich. Zadzwoniłam wyżalić się koleżance a potem bałam wracać. Najbliższe kilka miesięcy będę się rozglądała na 10 metrów wprzód.

Zrobiłam około półtorej godziny biegu, bo muszę wydłużać dystanse. Było strasznie gorąco, skoro nawet chodzący mieli koszulki z krótkimi rękawami. Dla biegaczy to nie jest najlepszy okres. Potrzeba więcej wody, żeby schładzać rozgrzane ciało w upale.

komentarze

Dodaj komentarz