9.12.2016 – rytmy przy rzece

Ten tydzień jest wybitnie interwałowy. Tym razem teren i rytmy. W sumie zawsze mówiłam na to przebieżki, ale doczytałam, że jest różnica. Jak między 90% a 100%. O zmroku na nierównej, błotnistej drodze, ze światłem odległej latarni, to na pewno nie uciągnęłam maksimum możliwości. Ale za to dbałam o technikę!

 

Schemat wygląda tak:

Biegnę sobie, biegnę. Tak możesz z 5 km plus wymachy. Szybkie biegi angażują więcej siły, od biegów wolnych. A jak duży siły, to zaraz wchodzą kontuzje. Dlatego, taka porządna rozgrzewka, jest wskazana. Zawsze z tyłu głowy mam też to, że trochę km w tygodniu powinnam wybiegać, jeśli chcę sobie kiedyś zrobić taki półmaraton np. z tzw. marszu. Zawsze przygotowana, zwarta i gotowa!

Odmierzyłam 100 metrów krokami. Chciałam 150, ale dalej było zwyczajnie zbyt ciemno.

100 metrów w tempie, jaki był ,,najmożliwszy” z patrzeniem pod nogi, żeby nie potknąć się o kamor.

Powrót truchtem.

Powtórzeń 20. Do tego, kilka poboczem, bo szli spacerowicze (też im się zrobiło ciemno, więc zawrócili w tę i z powrotem).

No i do domu. 

 

A kiedy biegnę wracając, to czasem jestem tak zadowolona, że biegam do rytmu muzyki. Sprawdza się tutaj jakiś dance, punk, czy rock. Inna niespecjalnie.

Zawsze mam taką nadzieję, że przy okazji, niepostrzeżenie, zrobię zakupy w osiedlowym sklepie. No, taka potargana i spocona, lekko ubłocona. Wyobrażam sobie, że inni tego nie zauważą. Niestety, zawsze wtedy wchodzi tłum i cały sklep się wypełnia a ja muszę taktownie kluczyć między regałami. 

komentarze

Dodaj komentarz