Moja historia – ponad 20 lat ze sportem w tle

To są wspomnienia aktywności fizycznej systematycznej osoby, która niezmiennie nie wyrasta z wiary w sens urzeczywistniania ideałów. profilowe-2-bokpoprawioneszareNie przepada za uproszczeniami. Ceni własne doświadczenie w procesie rozwoju, możliwość autonomicznego podejmowania decyzji. Nie jest w stanie zliczyć tego co zawdzęcza obecności  treningu fizycznego w swojej codzienności. 

Ruch do życie. I święty spokój

Takie sentencje nasunęły mi się, gdy weryfikowałam te ponad 20, czyli przeszło 2/3 przeżytych lat. Mam 34. Świadomie zaczęłam mając niespełna 10. A za namową rodziców wcześniej. Około 6 roku życia. Z tenisem i tańcem towarzyskim.

To, że się poruszam, te wszystkie biologiczne funkcje, jakie spełnia mój organizm, to dowód na to, że jestem. Intelekt stanowi coś w rodzaju rozrywki. Socjologia, psychologia, ideologia, relacje rodzinne, społeczne, zawodowe to coś, co urozmaica czas. Nadbudowa, tworzenie sobie dodatkowego sensu. Podstawa to ciepła krew, która płynie, oddech, bijące serce.

Baza

Nie byłam dobrą koszykarką. Zajmowałam się tym ponad 7 lat, ponieważ odkryłam, że nie mogę żyć bez trenowania. Miałam też cechy predysponujące mnie do takiej gry. Sporą zwrotność i nie najgorszą szybkość, jak na dość wysoki wzrost. Ćwiczenie techniki było zabawne. Odnalezienie się w grze to jednak coś innego.

Zanim trener podziękował za moje dalsze starania (czytaj-wyrzucił), przechodziłam depresję. Takie modne ostatnio, ale u tych dobrych, zawodowych. Mnie jako sportowca z miłości, a nie z osiągnięć, o mody nie warto posądzać.

W zasadzie nie wiedziałam, że ją mam. W dzieciństwie duże rozemocjonowanie i brak nawyku cieszenia życiem były dla mnie stanem raczej normalnym. Jedyne co wzbudzało niepokój to czasowe niedosłyszenie i rozmazany obraz przed oczami. Mocno utrudniały prawidłowe reakcje w sporcie.

Inspiracja

Wtedy zdarzył się mały cud. Poszłam z mamą do klubu fitness. Poszłam tam z poczuciem treningowej wyższości, bo przecież u mnie prawdziwy sport, po 3 treningi dziennie na obozach, a stereotypy na temat zajęć fitness jakie są, każdy wie. Jeszcze z czasów lat 80-tych, kiedy Panie wykonujące zawód gospodyni domowej, skakały w kostiumach kąpielowych pod komendy z kaset video. Dokładnie skakały bez ładu i składu.

Tak sobie ten ,,aerobic” wyobrażałam i przeżyłam lekki szok, kiedy zweryfikował moje dotychczasowe wyobrażenia o wysiłku fizycznym. Okazało się, że przez te wszystkie lata pocenia się w terenie, w

wypad-po-skosiekolortlasiłowni, na sali, nie było mi dane dowiedzieć się o istnieniu wielu podstawowych mięśni. One bolały mnie następnego dnia dopiero po fitnessie.

Kiedy mnie wyrzucili nie wiedziałam co robić. Tabletki przepisane przez lekarza powodowały, że byłam raczej jeszcze bardziej nieprzytomna. Wiedziałam tylko jedno – dalej chcę regularnie ćwiczyć.

Klub fitness wydawał się jedynym rozsądnym wyjściem. Byłam tam zatem prawie codziennie. Zostawałam na 2-3 godziny zajęć grupowych, robiłam trening siłowy i obserwowałam jak doświadczeni trenerzy wykonują treningi indywidualne. Były ukierunkowane raczej na rehabilitacje, bo w 2002 roku w siłowniach nie było jeszcze trenerów personalnych. Wydawało mi się to takie rozwojowe. Tyle tam było do nauczenia…

Nie wpadłam jednak na to, że mogłabym być trenerką czy instruktorką. Pomógł mi los. Instruktorkom z klubu do którego uczęszczałam zabrakło jednej osoby do pokoju wynajmowanego w trakcie konwencji. Zaproponowały, ja pojechałam i kompletnie wsiąknęłam.

Zobaczyłam ludzi z prawdziwą pasją, radosnych, zaangażowanych. W jednym miejscu miałam do wyboru wiele różnorodnych opcji, form, które zapobiegały znudzeniu. Cały dzień chodzenia pomiędzy kilkoma salami. Uczestniczyłam w treningach pokazowych zajęć choreograficznych, jogi, metody Pilatesa, capoeiry, ćwiczeniach z różnymi sprzętami takimi jak stepy, sztangi, czy małe kolorowe piłeczki.

Najlepiej zapamiętałam otwarcie i układ wykonywany dwie instruktorki. Synchronicznie robiły na stepie pompki z odrywaniem rąk, do rytmu poniższej melodii. 

W każdym razie pojawiły się nowe marzenia. To było tuż po moich 18 urodzinach. Mogłam zacząć się szkolić, co rozpoczęłam nieomal zaraz po powrocie z wyjazdu.

Profesjonalizacja

Byłam beznadziejną instruktorką. Miałam poważny problem ze skoordynowaniem słyszanych bitów w muzyce, wykonywania zaplanowanych ćwiczeń w jej rytmie i korygowania uczestników zajęć, dbając przy tym o atmosfer, rozrywkę i motywację.

Szansę praktykowania dostałam chyba rok po pierwszych szkoleniach. Wtedy, kiedy w ogóle odważyłam się zadzwonić, odpowiadając na jakiekolwiek ogłoszenie o pracy z lokalnej gazety (nie było ich jeszcze w internecie). Miałam 19 lat.

Biorąc pod uwagę mój ówczesny dość delikatny wizerunek, wylądowałam, prowadząc mało oblegane zajęcia, na które przychodziło kilka osób 60+. Z perspektywy widzę, że mogłam im zrobić krzywdę. 

Po drodze podeszłam do egzaminu na instruktora sportu, który przed zmianą przepisów był wymogiem uprawniającym do wykonywania zawodu. Organizowano go w klubie, w którym prowadziłam zajęcia, bo współpracował z jedną ze szkół fitness. Zapłaciłam około 700 złotych. Uczęszczając na zajęcia powtórzyłam materiał, zdałam, ale dyplomu nigdy nie otrzymałam. Wkrótce moje mało oblegane zajęcia zostały zlikwidowane.

Właścicielka kilka razy obiecywała mi, że przywiezie dyplom. Sama szukałam go w szkole, z którą współpracowała, ale okazało się, że moje szkolenie nie zostało nigdzie zarejestrowane. Przez rok zarobiłam mniej niż zainwestowałam, ale przynajmniej zyskałam jakieś doświadczenie.

Potem udawało mi się jeszcze załapać na dłuższe lub krótsze okresy zastępstw w innych klubach. Strasznie się wtedy przykładałam do techniki, metodyki, podstaw teoretycznych. Co z tego, skoro to inni instruktorzy mieli charyzmę. Pomimo tego, że w tym okresie nauczyłam się już doceniać piękno każdego dnia, bywało, że odwiedzając kluby i porównując swoje zajęcia z innymi instruktorami, płakałam w ubikacji.

Doszłam do wniosku, że nie ma co się frustrować. Na kolejne szkolenia też nie było mnie wtedy stać. Nie każdy może wykonywać każdą pracę – tak sobie tłumaczyłam.

Nim ponownie zetknęłam się z pracą w fitness klubie, skończyłam studia dziennikarskie i psychologiczne. Angażowałam się zawodowo w całkiem sporą ilość przedsięwzięć o charakterze biznesowym i społecznym. 

Organizacja

Doceniłam trening siłowy. W ramach studiów miałam dostęp do niezłej siłowni, więc katowałam po kilka godzin. Przyhamowałam, dopiero kiedy moje mięśnie grzbietu przestały się mieścić w sukienki. Uznałam, że wolę siebie jednak bardziej zwinną, a mniej silną. Niezależnie od tego, co mówią trenerzy będący właśnie na etapie własnych sportowych fascynacji, preferowany obraz własnego ciała to kwestia silowniakolortlaindywidualnych predyspozycji psychologicznych, etapu w życiu oraz wygody poruszania.

W tamtym momencie doszłam do wniosku, że jeśli chcę, żeby trening został ze mną na zawsze, nie mając ani trenera, ani pracy w tym charakterze, muszę wprowadzić żelazne zasady, których będę się trzymać.

Wtedy podliczyłam, że nie przerwałam już około 12 lat i to dawało dobrą motywację, żeby nie przestać nigdy. Optymalną ilość wysiłku fizycznego ustaliłam na 5 treningów w tygodniu i tego postanowiłam się sztywno trzymać, niezależnie od sytuacji zawodowo – rodzinnej, psychicznej i fizycznej (tak- moje gorączki też znikają po treningu, choć odpowiedzialny lekarz tego nie zaleci).

Prócz doświadczenia z trenowaniem w klubie sportowym miałam też wspierające mnie wewnętrznie doświadczenie z wieloletnim stosowaniem diety. Mniej więcej od 12 roku życia wdrożyłam przestawienie swojego żywienia z kulturowego (tradycyjnie komponowane 3 posiłki dziennie z przewagą węglowodanów z przetworów mącznych, spożywane o określonych porach) na dopasowany do moich potrzeb i stylu życia (drobne, a częstsze posiłki bazujące na oocach, warzywach, orzechach, nabiale, brak słodyczy, nieomal całkowita eliminacja mięsa). Skoro udawało się w dzieciństwie, to zawsze powinno się udać!

Samodoskonalenie

Mniej więcej w okolicy 2004 roku zdarzył się…Cud, czyli coś na tyle niespodziewanego, że wywołuje odczucia metafizyczne. 

Borykałam się już nie tyle z depresją, co silnym konfliktem wewnętrznym, popularnie nazywanym kryzysem. Stres powodował, że intuicyjnie szukałam powietrza. Była późna jesień, więc powietrze było mocno rześkie. Nie chciało mi się wykonywać fitnessów w dusznych salach. Potrzebowałam być sama ze sobą, z myślami, a nie wśród obcych ludzi.

Zaczęłam biegać. Pomimo tego, że wcześniej nie znosiłam. Początkowo biegałam w miejscu, skacząc z nogi na nogę. Przez ponad godzinę wyskakałam tak coś około półtora kilometra. Czasami nawet młodzież się ze mnie śmiała, ale ja za punkt honoru zawsze miałam nie zwracać uwagi.  Nie zauważyłam też jak w okolicy wiosny krok się wydłużył i było z tego najpierw 5 a potem 10 kilometrów i ja nadal miałam siłę na więcej.

Wpadłam na pomysł wykorzystania poczucia mocy do startu w półmaratonie. Poszło mi nadzwyczaj dobrze. Dobiegłam w dziesiątce, choć, ku sprawiedliwości, ówczesne biegi (2008) nie były jeszcze aż tak liczne, jak obecnie.

W tym miejscu miłośnicy rywalizacji postawiliby chętnie kropkę. Zaraz za wyznaniem, że odnalazłam swoją dziedzinę, poświęciłam się jej bez reszty, dochodząc do medali.

Możliwe, że tak być mogło, bo na długie dystanse byłam jeszcze w dość dobrym wieku, tylko że ja nie jestem miłośniczką sukcesów, jako krótkich, jednorazowych zwycięstw. Są zbyt energetycznie wyczerpujące, przy niskiej gratyfikacji, bo co to za nagroda ta chwila oklasków? Pomysł wyróżniania się spośród innych ludzi jest mi całkiem obcy, bo każdy ma jakiś talent, więc opieranie na nim poczucia własnej wartości wydaje mi się złudne. Dlatego nie lubię sportu. Kocham aktywność fizyczną.  

Dla mnie systematyczny trening to constans, równowaga, harmonia wielu sfer życia, spokój i codzienność. Nowe wyzwania przychodzą i odchodzą ode mnie swoim własnym rytmem naturalnego postępu.  Czasem są wypadkową ogólnego stanu psychofizycznego.

Praktyka

Do fitnessu trafiłam ponownie po kilku latach. Po 30-stce, w 2014, czyli dawno po tym, jak w stronę klubów spoglądałam jedynie z lekką nostalgią. Po długim okresie zwiedzania ich traktując, jako narzędzie do osiągania mojego wymaganego ,,5 razy w tygodniu”.

Miałam możliwość decydowania o zajęciach jako menadżerka i dałam sobie szansę, ale pierwsze miesiące nie brałam pieniędzy za prowadzenie. 

Przyzwyczajona, że najlepsza to ja raczej nie będę, wysyłałam neutralną koleżankę, żeby weryfikowała mnie z innymi instruktorami. Twierdziła, że nie jest źle.

Na sali jest taka konwencja, że uczestnicy klaszczą sobie i/lub instruktorowi po wykonanych zajęciach. Jak klaszczą od niechcenia, ze dwa razy, to wiadomo, że było, ale niekoniecznie super. Pierwszy raz entuzjazm zobaczyłam po jednym z treningów brzucha i od jakiegoś czasu pojawia się częściej. 
salafitnesspoprawioneszarekolortlaCo nie oznacza, że zawsze! Serio. Potrafię zawalić coś, co jeszcze tydzień wcześniej poszło mi ponadprzeciętnie. Mam to od zawsze, co wynika z dużej potrzeby automatyzacji wszelkich działań. 

Gdzieś na przestrzeni mojej sportowej drogi, pojawiały się osoby, które chciały wsparcia we wdrożeniu w systematyczny wysiłek, więc miałam porównanie pomiędzy pracą grupową a treningiem personalnym.  Wbrew opiniom, to pierwsze jest metodycznie o wiele trudniejsze, ale też energia grupowa daje zupełnie inny rodzaj satysfakcji.

W każdym razie ponownie wdrażając się w środowisko fintessowe, zauważyłam w nim różne zjawiska, które powodują.: 

Specjalizacja

Przykładowo, jakiś czas temu, kilka razy miałam przyjemność rozmawiać z właścicielami w ramach sprawdzianu umiejętności pod ewentualną współpracę. Zdałam sobie sprawę z tego, że  to wszystko, o czym mówią do mnie ludzie z branży, to wszystko już było. Było w fitnessie i było w moim życiu. Dlatego niekoniecznie jestem zainteresowana samodoskonaleniem w standardowym kierunku popularyzowania filozofii treningowej. Ale ja chyba w każdej dziedzinie życia mam w sobie spory bunt i jestem raczej z tych szukających co by tu udoskonalać niż dostosowanych do obowiązujących schematów.  

Trening personalny raczkował w 2002 roku i od tego czasu rozwinął się tyle, że został zawłaszczony przez kluby, w których nie ma warunków na rozwijanie wszystkich cech motorycznych. Jest cel. Adaptuje się nowe ,,zabawki” urozmaicające jego realizację, ale nie ma podróży.

W latach 80-tych na fitnessie skakało się bez ładu i składu. W latach 2000 krytykowano – jak tak można, bo uszkadza stawy. Zakazano głębokich skłonów, przysiadów i skakania. W dekadzie 2010 CrossFit pokazał, że ludzie jednak lubią skakać, siadać, przeciągać, a nawet się czołgać. Wróć i zacznij od nowa. Podobnie jest w psychologii. Często dostarcza się ludziom wykreowanych, a nie prawdziwych wartości. 


salakolortlaPoliczyłam, że w optymalnej wersji prowadzącej do ugruntowanej zmiany, powinnam zajmować się wyłącznie jedną osobą przez wiele miesięcy. A żeby było to możliwe z pełnym zaangażowaniem, poświęceniem, przygotowaniem, usługa powinna kosztować 2-3 tysiące miesięcznie. To, co się robi jest w jakiś sposób połowiczne, co nie oznacza, że w wielu przypadkach nie okazuje się wystarczające.

Najbardziej interesują mnie te pozostałe przypadki. Będąc na psychologii wymyśliłam sobie, że dobrym pomysłem byłoby ukierunkowanie ludzi w kryzysach psychicznych na codzienny ruch. Badania pokazują, że objawy osób chorujących psychicznie poprawia się pod wpływem włączenia aktywności fizycznej (np. tu jest przykładowy przegląd badań), na zbliżonym poziomie do innych aktualnie osiągalnych terapii. Trening może pomagać wykształcić cechy, które pośrednio pomagają w radzeniu sobie z trudnościami. Plusem byłoby też oczywiste wsparcie w walce z otyłością, zespołem metabolicznym i nikotynizmem, które są nagminne u zażywających leki psychotropowe.

Wpisanie codziennej, ukierunkowanej aktywności w harmonogram życia osadzonych w Zakładach Karnych, to również nie byłaby forma resocjalizacji pozbawiona naukowych podstaw. Te pełne parki i skwery grupowo oddających się samodoskonaleniu wewnętrznemu poprzez samodoskonalenie fizyczne…A nie. To chyba w Chinach, bo:

w naszej kulturze brakuje nawet słowa na określenie miejsca codziennej praktyki aktywności fizycznej w życiu. Do motywowania usiłuje się podchodzić od strony biologicznej, behaworalnej, gdy większą rolę wydają się odgrywać wartości. Trudno oczekiwać poważnego potraktowania terapii ruchem, czy wychowania fizycznego młodzieży, gdy ludzie dostrzegają w sporcie głównie rozrywkę, a pomysł kompromisu jakiegoś błahego ,,poruszać się” z innymi zadaniami życiowymi, wydaje się niedorzeczny. 

Nie wiem, czy kiedyś impuls pozwoli mi zrealizować taką misję lub doczekać tej zmiany, ale nawet jeśli nie, to lubię moje małe sportowe odkrycia kolejnych dyscyplin. Czasem zafunduję sobie trening walki, czy nową grę zespołową, które mnie inspiruje. 

Mentoring

Zabrałam się za trenowanie ludzi, bo niektórzy chcieli, żebym ich trenowała, a ja raczej nie odmawiam pomocy. Tym bardziej że w tym obszarze w życiu mam największe doświadczenie.

A jeśli w danej chwili, na czymś nowym jeszcze się nie znam, to teoretycznie będę się znała, kiedy tylko to zobaczę, a praktycznie zrozumiem zasadę po kilku godzinach ćwiczeń. I chętnie się tutaj rozczaruję (pewność siebie i siły sprawczej głównym składnikiem odporności psychicznej  🙂 )

To tak teraz działa, ale tylko przez doświadczenie z naprawdę wieloma dyscyplinami i tysiącami godzin pracy własnej, z naciskiem na rozwój różnych sprawności, opanowując technikę przeróżnych ruchów z użyciem wielu sprzętów, wychodząc z odmiennych filozofii treningowych. Mając nadmiar innych obowiązków lub niedobór zajęć, w stresie i w chwilach rozleniwienia, we wszystkich porach roku, na wakacjach i w trakcie świąt. 

pilka-2kolor-tlaIdę swoją drogą. Zawody sportowe są sympatycznym przeżyciem w rodzaju święta treningowego, ale nie metodą potwierdzania własnej wartości. Kluby dobrze się odwiedza robiąc tam zastępstwo na sali fitness, pracując raz, czy dwa z klientem w ramach personalnych, doświadczając okazjonalnie kolejnej sprzętowej nowinki. Mogliby jednak zrobić artystyczne wnętrza i dać do wypożyczenia takie słuchawki z nagranymi wykładami jak w muzeum. Ja to sobie na treningu lubię posłuchać np. takie coś jak to, debatę, czy inne partyjne seminarium 😆 

To wszystko nie zmienia faktu, że mam przypływ endorfin od samego przebywania na obiektach sportowych. Chociażby takie Cetniewo. Mogę tam zamieszkać. I w przerwach, w różnych miejscach oraz internecie pracować z klientami, którzy:

  • Czują, że akurat ja mogę im w czymś teraz pomóc.
  • Przeżywają poważne trudności natury psychicznej, nie radzą sobie z emocjami, ze stresem i poszukują alternatywnych pomysłów pomocy samym sobie i wsparcia psychologicznego.
  • Chcą doświadczyć różnych form pracy z ciałem, żeby odkryć optymalny wzór wysiłku fizycznego, który najlepiej wkomponuje się w ich życie i osobowość. Oczekują przy tym, że ktoś im to zaplanuje, zorganizuje.
  • Zależy im na trwałej zmianie, a nie wyłącznie doraźnych celach i chcą poświęcić czas, żeby przeanalizować tę sprawę od strony psychologicznej.
  • Chcą pracować całościowo z ciałem i psychiką i szukają pomysłu jak.
  • Są w fazie zbierania porad dotyczących jakiegoś aspektu zdrowego stylu życia takiego jak dieta, trening, nawyki i mają ochotę o tym ze mną porozmawiać.

Szczegółową propozycję współpracy znajdziesz tu

P.S. no bo bez oferty to nie strona, tylko jakaś farsa!  😉