Sport wyklęty, czyli o niskiej pozycji aktywności fizycznej w polskim społeczeństwie

Status sportu i aktywności fizycznej jest w Polsce bardzo niski. To moim zdaniem przyczyna ignorowania, pobłażliwego traktowania lub wyśmiewania badań, które pokazują możliwość redukowania objawów wielu chorób poprzez ćwiczenia. Mało kto marzy o karierze trenera dla swojego dziecka, a przedstawiciele inteligencji poćwiczyć idą dopiero do fizjoterapeuty.

Zdaniem wielu pacjentów zalecenie wdrożenia systematycznej aktywności fizycznej umniejsza odczuwanemu przez nich cierpieniu. Wyobrażam sobie, że ktoś, kto u kardiologa zamiast tabletek dostaje zalecenie ruchu, czuje się zlekceważony i idzie po prostu do innego lekarza.  

Z kolei pojęcie zaburzeń psychicznych dopiero zyskuje prawo istnienia w świadomości społecznej i cała promocja zdrowia bardzo dba o to, by depresja, czy fobia były traktowane poważnie. Usiłuje się także podnieść rangę psychiatrii, jako obszaru medycyny. A jak uczynić coś poważnym w społecznej świadomości Polek i Polaków? Można to przeciwstawić czemuś błahemu, jakiejś przygodnej rozrywce, czyli właśnie sportowi.

Fakty są takie, że terapia ruchem skutecznie leczy wiele dolegliwości, a nie tylko im zapobiega. Od faktów do praktyki jest jednak daleko, bo kultura społeczna odkrywa dużą rolę w tym, co ludzie przyjmą za prawdę, a co odrzucą.

(podsumowanie wyników licznych badań nad wpływem aktywności fizycznej na różne choroby fizyczne linkuję dość często, bo jest całkiem jeszcze świeże oraz zbiorcze, a tu jest przykład porównania różnych form terapii w depresji, ćwiczenia kryją się pod terapie alternatywne i leki plus terapia, niedoskonałe, ale linkuję akurat to, ponieważ ma porównanie średnich na wykresie, co jest przystępne dla laika)

Poniżej kilka wycinków z literatury, które stanowią argumenty za moją tezą, że Polki i Polacy sportu nie lubili i nie lubią

Zdaniem Bolesława Prusa „Polacy są cherlawi i niżsi oraz bardziej chorowici od Niemców, Francuzów, czy Anglików z powodu braku zamiłowania do sportów i błędnego wyobrażenie rodziców o edukacji”. W książce podsumowującej narzekania rodaków na nasz kraj „No dno po prostu jest Polska” A. Leszczyński przytacza, że autor Lalki, ubolewał nad posyłaniem dzieci na „fortepian i paplaninę” zamiast na gimnastykę. Zakład gimnastyczny w Warszawie zamknięto w roku 1876 z braku chętnych. A dziś gdzie jest w Polsce ranga nauki języka, czy nawet próżniaczej muzyki klasycznej, a gdzie są sportowe treningi..?

Badanie prowadzone na rodzicach młodych sportowców ujawniło, że mają oni kłopot z wymienieniem jakiegokolwiek sportu elitarnego lub prestiżowego. Brak wyobrażenia na ten temat dotyczy wszystkich grup, niezależnie od wykształcenia i zasobności. Zapytani, rodzice wybierali takie o szczególnych wymaganiach, jeśli chodzi o predyspozycje fizyczne (np. łucznictwo) lub uzależnione od wysokich nakładów finansowych.  Powiedzmy to szczerze – sportów, których uprawianie podnosi grupowy prestiż, w naszym kraju po postu nie ma.

W języku polskim nie ma też nazwy dla wzorca osoby dodającej sobie zdrowia poprzez aktywny styl życia, ani nazwy dla roli podejmowanej przez człowieka, który wykonuje trening prozdrowotny. Sama czynność może być nazwana tylko w sposób opisowy. Sport jest związany z rywalizacją, trening sportowy z ciągłym doskonaleniem, rekreacja z rozrywką. Systematycznej aktywności fizycznej dla zdrowia nie określa się, dlatego często trudno mi opowiedzieć innym, co w zasadzie robię i dlaczego tak często. Najłatwiej zostać instruktorką, czy trenerką, bo wtedy ma się tożsamość pozwalającą na umiejscowienie społeczne i łatwą identyfikację.

To, że sport jest równościowy i demokratyczny ludziom się nie podoba. Oczywiście wbrew deklaracjom

Sport jest jedną z najbardziej demokratycznych dziedzin życia, jakie znam, tylko to wcale nie jest dobrze dla jego popularności wśród osób o najwyższych pozycjach społecznych, czyli przede wszystkim wśród tzw. Inteligencji, liderek i liderów opinii, czy osób zamożnych. Ludzie często motywują się do pracy właśnie tym, żeby przekazać coś kolejnym pokoleniom. A sportu nie można odziedziczyć tak jak genów, mieszkania, firmy, a pośrednio np. zagranicznej uczelni lub stażu wzbogacającego cv.  Ale kto powiedział, że ludzie nie mają tendencji do rywalizacji i pozycjonowania się w hierarchii? Kto powiedział, że nie chcą robić tego na skróty? Deklaracje mogą być nawet komunistyczne, ale praktyka jest całkiem inna.

Wrodzone cechy i poziom, od jakiego zaczyna się uprawianie sportu, na większości etapów treningowych mają niewielkie znaczenie. Bez predyspozycji do ciężkiej, wieloletniej pracy nie da się osiągnąć w sporcie sukcesu, choćby posiadając najlepsze proporcje ciała i wszystkie pieniądze świata. Postępy treningowe cofają się zaraz po zaprzestaniu ćwiczeń, więc nie można bazować też na wcześniejszych osiągnięciach. Porównajmy tutaj wykształcenie. Tytuł można zdobyć raz i jego prestiżem cieszyć całe życie. Odpowiedzialna praca także zostaje nam w życiorysie i długo świeci blaskiem. Kiedy idziemy działać społecznie lub politycznie posługujemy się nabytymi wcześniej kompetencjami takimi jak: ogólna erudycja, wiedza o normach i zwyczajach, umiejętność wypowiadania nabyte w domu rodzinnym i w trakcie edukacji.

W książce T. Zarycki i R. Smoczyński „Totem inteligencki: Arystokracja, szlachta i ziemiaństwo w polskiej przestrzeni społecznej” pokazują wyniki badań na potomkach arystokracji i wyciągają wniosek, że osoby te, nawet pozbawione majątku, osiągają wysokie stanowiska kierownicze. Dzieje się tak z powodu wrażenia, jakie wywołują, a składają się na nie m.in. znajomość języków obcych i wysoka kultura osobista. Dla wyników sportowych podobne przymioty są bez znaczenia.

Sport odmawia korzystania także z narzędzi wpływania na swoją pozycję w grupie i w życiu takich jak znajomości oraz umiejętność wywierania wpływu na ludzi poprzez odpowiednią autoprezentację i wysyłane komunikaty. W Polsce te nieformalne zależności miały szczególne znaczenie, gdy oficjalna władza państwowa była tą obcą, czy to w okresie zaborów, III Rzeszy, czy w pewnym sensie PRL. Około 90% Polek i Polaków pochodzi ze wsi, a ich przodkowie dłużej niż w wielu innych krajach Europy dzielili trudny los niewolniczej pracy pańszczyźnianej, gdzie radzenie sobie z przeciwnościami nie mogło odbywać się przy pomocy instytucji państwowych należącymi do szlachty, stanowiącej w  porywach 10%. Zapewne wiele w ich życiu zależało od najbliższej rodziny i sprytu, a nie od przestrzegania zasad. W sporcie sędziowie pilnują nawet najdrobniejszego przekroczenia procedur. Znając tego, czy owego trenera lub działacza, załatwiamy sobie wejściówkę na miejsca kibiców, ale nie na boisko.  

J. Sowa napisał książkę o tytule „Sport nie istnieje” i zwrócił w niej uwagę na skutki komercjalizacji, które czynią go mniej demokratycznym, jak również doprowadzają do nadużyć i łamania zasad fair play i olimpizmu. Ja porównuję jednak skalę nadużyć sportowych ze skalą rozmijania się praktyki z ideałami w pozostałych dziedzinach życia i widzę przepaść na korzyść demokratyzmu w sportowej aktywności. Niefinansowany dodatkowo, oddolny start w wyborach politycznych? Fikcja. Racjonalne decyzje wyborcze? W to chyba już nikt nie wierzy. Równy start na rynku pracy? Mit. Brak możliwości fałszowania wyników sportowych lub manipulowania ich interpretacją? Nawet jeśli 100 osób z autorytetem powie, że 1 metr = 2 metry, to nikt, kto widział, im nie uwierzy.

Przypominam sobie osoby, które po znajomości zatrudniane są w spółkach skarbu państwa. Ktoś trafia z księgowości, z pułapu 3 000 netto do PGE na pułap netto 60 000. No a weźmy nieuczciwość analogiczną, ale w sporcie – doping. Ktoś na poziomie kadry narodowej bierze jakieś stymulanty i zyskuje kilka sekund lub minut, tylko, że żeby te środki w ogóle zadziałały, żeby w ogóle do tej kadry się dostać, musiał pracować często kilkanaście lat. A cuda farmacji na nic się zdadzą, jeśli tej pracy zaprzestanie. To nie jest ta sama skala możliwości osiągania sukcesu.

Dystynkcja

Pozostając w temacie starań dotyczących korzystnego wyróżniania się na tle innych, można dostrzec też, że sport na poziomie amatorskim w trakcie jego uprawiania odbiera wiele wizerunkowych przymiotów. Do aktywności fizycznej nie pasują ani tradycyjne przedmioty autokreacji takie jak dodające powagi okulary i torby należące do kogoś mądrego, ani ekscentryczne ubrania przypominające o kreatywności noszącego. Nawet dobrze znając modę sportową, niezborności ruchów amatora nie daje się ukryć pod strojami. Stroje te, choćby najlepsze, szybko ulegają wymięciu i przepoceniu. A dla wielu osób to nie do zniesienia. Pozbawienie formy pozbawia ich wszystkiego, co w sobie cenią, godności nawet, a nie tylko dystynkcji.

Zaraz obok niedowierzania w skuteczność aktywności w leczeniu chorób można dostrzec inny przejaw sportowej niechęci  – osoby o wyższym statusie ekonomicznym lub należące do inteligencji nie planują synowi lub córce kariery sportowej, a tym bardziej trenerskiej. Jeśli syn lub córka powiedzą – idę na AWF ojciec lub matka będą raczej błagać, żeby, chociaż na fizjoterapię niż się cieszyć. Nie wierzycie? Możecie popytać i sprawdzić.

Jaki jest status trenera lub instruktora w społeczeństwie? W badaniu CBOS nie wymieniono chyba nawet tego zawodu. 

Jeden z członków partii, do której należę, pochwalił się, że jest chyba jednym farmaceutą startujących w najbliższych wyborach. Przypuszczam, że trenerki i instruktora tam wcale nie ma, bo jeśli by nawet byli, to nazwani marketerką sportu lub choćby działaczem klubowym.

Pod jednym z postów na Facebooku w inteligenckiej dyskusji o wdrożeniu aktywności fizycznej przeczytałam już nawet o tym, że z treningiem to tylko do fizjoterapeuty. Faktycznie – no nie może być tak, że o doborze przysiadów i pompek tak cennych mózgów będzie decydował byle kto. Mam w ogóle wrażenie, że trenowaniem poniektórych powinien zająć się od razu lekarz. Ten, jak głosi powszechne wyobrażenie, zna wszelkie tajniki ciała, a pielęgniarki, rehabilitanci, tym bardziej trenerzy pałętają mu się tam pod nogami ze zmiotką. Jacyś bez sensu w ogóle. Pewnie te kierunki otwierają, żeby nie było przykro tym, co nie dostali się na medycynę. Z takim podejście faktycznie dość często od lekarza się zaczyna i jednocześnie kończy.

Anegdotka

Jesienią wybrałam się na kongres, czyli spotkanie ludzi zainteresowanych obszarem wpływu aktywności fizycznej na zdrowie. Wykłady na tematy okołomedyczno-okołosportowe wygłaszali tam w większości akademicy i akademiczki, czyli przedstawicielki i przedstawiciele międzynarodowej inteligencji. Jak wskazuje plakat, tym razem na sali obok równolegle odbywały się zajęcia praktyczne, czyli prezentujące lekcje ćwiczeń dostosowanych do konkretnych dolegliwości. Pytanie brzmi – ile osób spośród zainteresowanych przedstawicieli nauk medycznych i nauk o kulturze fizycznej (głównie) przemieszczało się pomiędzy wykładami a zajęciami praktycznymi? Prawidłowa odpowiedź brzmi – jedna, czyli ja. No chyba, że przeoczyłam, to zwrócę honor i bardzo przepraszam.

Oczywiście znam wszelkie wytłumaczenia. Choćby takie, że praktycy (głównie trenerki, instruktorzy, rehabilitantki, fizjoterapeuci) mogą chcieć skupić się bardziej na swoim fachu, żeby nic im nie umknęło, a teoretycy (akademiczki, menadżerowie, czy lekarki) słuchać o trendach i badaniach. Ale popatrzmy też na kwestię wizerunkową, o której wcześniej wspomniałam.

Wyobraźcie sobie taką osobę, która prezentuje publicznie wyniki swojego badania lub innego projektu. Kiedy się ją przedstawia, ludzie klaszczą, a niekiedy dostaje nawet podziękowania za przybycie w całej swojej zacności. Uśmiechy, wspólne zdjęcie. Może wpadną jakieś media. Osoba jest raczej elegancko ubrana. Wygłasza. Znów uśmiechy, podziękowania, klaszczą. W przerwie inni na kawę ona do szatni. Wrzuca dres, a jeśli jest kobietą, to także zamienia stanik na sportowy. Poci się. Coś jej nie wychodzi, zakłuje ścięgno. Potem dla komfortu kąpie w tej publicznej przestrzeni z gośćmi z basenu i studentami, żeby wrócić na kolejne prezentacje. Bądźmy szczerzy – coś tu nie gra i nie chodzi jedynie o praktyczną stronę takiego przeskakiwania między zadaniami, która wymaga organizacji oraz o konieczność dźwigania sportowego tobołka z trampkami.

Wyobraźcie sobie już w innej scenerii… Kto tam teraz jest publicznym autorytetem? Prof. Hartman z prof. Magdaleną Środą na Zumbie. Jak wspomniałam, ćwiczenia dobrze robią zdrowiu ciała i psychiki, a katoliccy księża też je mają, więc aktualny arcybiskup na joggingu po mszy.

Oczywiście tendencja się zmienia (np. u polityków), ale nadal wielu ludziom z trudem przychodzi dopuszczenie myśli o podobnych sytuacjach. Istnieje w nich bariera, której nie muszą artykułować, bo być może sami jej w sobie nie cenią.

I tu mogę przejść do czynników niechęci do sportu, które mają charakter bardziej uniwersalny.

Nie jest tak, że cały świat kocha aktywność fizyczną, a tylko w Polska nie

Prosta zależność, jaką dostrzegam to niechęć do wysiłku fizycznego warunkowana historią pokoleń ludzi pracujących głównie fizycznie. Ludzie walczyli o to, by nie musieć tyrać w polu i w fabrykach. Ledwie częściowo się z tego wyrwaliśmy, to już nam mówią, że źle i mamy się znowu pocić.

Oczywiście setki lat mody na dualizm psychofizyczny, czyli przeciwstawianie ciała umysłowi, czy duchowi też mają negatywne konsekwencje dla wizerunku aktywności ruchowej w całym obszarze naszej kultury. Chrześcijaństwo przez długi czas wręcz narzucało ludziom umniejszanie wartości wszystkiego, co cielesne. Reglamentowano nie tylko zabawę ruchową, ale nawet seks i higienę.

Myślę, że tamte idee trafiły na podatny grunt, ponieważ z braku wiedzy ludzie nie radzili sobie ze starzeniem i umieraniem. A i obecnie radzą sobie w sumie w sposób daleki od satysfakcji. Do dziś jest to powód niechęci i uciekania od tej cielesnej powłoki, z której nic nie zostanie, w przeciwieństwie do wytworów naszego intelektu, czy emocji. Znam ludzi, którzy argumentują właśnie w taki sposób.

Nie zauważyłam, żeby intensywnie podejmowano zagadnienie, o którym piszę, ale wiele mam jeszcze do przeczytania. Myślę, że tłumaczenie niechęci do aktywności fizycznej kulturą było modne w latach 90-tych, gdzie więcej mówiło się o wzorcach. Obecnie w mediach dominuje paradygmat medyczny, czyli poszukiwanie uwarunkowań neurologicznych, genetycznych i behawioralnych, które sprawiają, że ktoś często ćwiczy albo nie. Te badania wnoszą coś nowego do obrazu systematyczności w wysiłku, ale moim zdaniem najważniejsza jest właśnie kultura.

Ludzie są w stanie przez kilkanaście lat 5 razy w tygodniu chodzić do szkoły, bo wierzą, że bez tego nie zarobią na przeżycie. Ludzie trwają w pracy zawodowej latami, choć jej nie znoszą, ale mimo to, nie wpajają dzieciom działania na rzecz pełnej automatyzacji pracy, lecz poszukiwanie najkorzystniejszego zawodu. Ludzie się myją i już nie pytają, po co, ani czy to jest w ogóle fajne zajęcie, ponieważ inaczej staliby się wykluczeni. Ludzie świetnie radzą sobie nie tylko z nawykami warunkującymi przetrwanie. Ludzie ćwiczyliby, gdyby dostrzegali kulturową wartość takiej aktywności. Ale szczególnie te lepiej wykształcone i zamożniejsze warstwy społeczne jej nie dostrzegają.

P.S. Wątek osobisty

Oczywiście wszystkie wyżej wymienione cechy wywołujące niechęć do sportu powodują, że ja pokochałam aktywność fizyczną.  Takie jej zalety jak: równość, demokratyczność, szansa wieloletniego doskonalenia, zamiast szybkich, jednorazowych sprawdzianów, praca, nie talenty, możliwość obcowania z ludźmi takimi, jakimi są, a nie ich formą, pozą, modą.

Ale przede wszystkim, jako osoba wychowywana na pograniczu hedonistycznego etosu szlacheckiego, wysoko cieniącego wiedzę etosu inteligenckiego i dorobkiewiczowskiego etosu klasy średniej, kiedy tylko zorientowałam się, na czym polegają te społeczne gry, powiedziałam – niedoczekanie wasze! Nie będę starała się być kimś, kogo uważacie za „lepszego”. To społeczeństwo się musi zmienić i dopasować to, co głosi (równość), do tego, jakie praktyki wspiera (hierarchia). Przy zbyt dużej rozbieżności zaczynają się różne rewolucje. Mama zawsze mi mówiła, że tacy jak ja w historii to już byli. No np. Lenin  😆

Dlatego też wolę przedstawiać się jako instruktorka fitness niż np. psycholożka. Biorą to chyba za brak kulturowego wyczucia. Ze zdziwieniem odkryłam też kiedyś, że mój nacisk na możliwość osiągania super umiejętności w sporcie bez dużej kasy, brany był za pochodzenie z biednego środowiska. Otóż nie. Otóż jestem po prostu zbuntowana. Tym bardziej wobec ludzi, którzy wykorzystali w życiu wszystko, co dostali w spadku, choć mogli z tego zrezygnować i teraz z uśmiechem głoszą cud równego startu w liberalizmie albo systematycznie budują pozycję po znajomości, promując możliwość demokratycznego i socjalistycznego zarządzanie wspólnymi dobrami. Po moim trupie, ale nie na trupie sportowym! 😉

P.S. 2 Dylematy Justyny Kowalczyk

Są kompletnie bez sensu. W artykule narciarka biegowa wspomina o poczuciu wstydu z powodu braku obycia. A w hotelach wstydzić powinni się ludzie wymyślający bezwartościowe mody i mierzący nimi cudzą wartość. 

Poza tym organizują je w taki sposób, że gdy „doły” społeczne już coś opanują i upowszechnią, to liderzy opinii potrafią nawet o 180 stopniu odwrócić trend i ani przepraszam, ani nic…No nic. W latach 90-tych Polki „uczono” depilacji, jako warunku bycia w dobrym towarzystwie, a dziś modny jest zarost, bo feminizm. Kiedyś jadło się hamburgery, dziś lepiej być wege. Nie ma po prostu jakiejś normy, do której każda osoba powinna dorosnąć, a jest potrzeba wyróżnienia się i dołączenia do elity.

Całe szczęście osoby o mniejszej wiedzy lub wyczuciu relacji społecznych o tym nie wiedzą i aktywność fizyczną chętnie przyjmują wraz z poprawą stanu zdrowia i wyobrażeniem o jej ideałach. Lepiej by pewnie było, gdyby sławne sportsmenki zostały bliżej tychże, gdyż na relacjach z  elitami można się wzbić, ale jak balon i szybko spaść.  

Wspomniane książki:

M. Lenartowicz, Klasowe uwarunkowania sportu i rekreacji ruchowej z perspektywy teorii Pierre’a Bourdieu, 2012.

A. Leszczyński, No dno po prostu jest Polska, 2017.

A. Pawłucki, Nauki o kulturze fizycznej, 2015.

J. Sowa, Sport nie istnieje, 2017. 

T. Zarycki i R. Smoczyński, Totem inteligencki: Arystokracja, szlachta i ziemiaństwo w polskiej przestrzeni społecznej, 2017.

komentarze

Dodaj komentarz